The Vision of Escaflowne – przepowiednie czasam się spełniają…

Żyjemy w 21 wieku, jesteśmy przyzwyczajeni do graficznych fajerwerków, jakie serwują nam najnowsze produkcje, tym samym nie pozwalając na minutę odpoczynku, moment, w którym moglibyśmy spojrzeć wstecz, w przeszłość.

Chwila ta mogłaby pokazać, że śliczne animacje, feerie barw i inne cuda nowoczesnej techniki, to nie wszystko. Istnieje coś więcej – magia sama w sobie, która nie potrzebuje obróbki komputerowej by podbić serca widzów. Tak naprawdę wystarczy ten jeden, do tego czasu niezdefiniowany czynnik, który przyciąga naszą uwagę i nie pozwala oderwać się od monitora.

Ta mała cecha, którą Escaflowne zdecydowanie posiada i to w takiej ilości, że mogłoby obdarować cała gromadkę młodszych serii, a nadal miałoby go w zapasie.

Rok 1996 to czasy, kiedy będąc małą dziewczynką, wciąż tolerowałam kolor różowy, miałam blond włosy, a o istnieniu Japonii, o anime nawet nie wspominając, prawdopodobnie nawet nie wiedziałam. Czego się w końcu można spodziewać po 5-letnim dziecku? :) Jednak właśnie wtedy powstawała seria, która za 15 lat miała podbić serce już dorosłej brunetki, skalanej nienawiścią do różu ;P

Moja przygoda z The Vision of Escaflowne rozpoczęła się przez zupełny przypadek. Niektórzy zapewne stwierdziliby, że tak było pisane, ale nie ja, osoba nie wierząca w przeznaczenie. Dla mnie był to zbieg okoliczności, że akurat wkliknęłam się na dobre forum, zobaczyłam interesującą sygnaturę, podesłałam właścicielowi zapytanie co to jest i równie szybko co owa wiadomość wędrowała zawiłościami internetu by dotrzeć do odbiorcy, ja otrzymałam moją odpowiedź.

Escaflowne opowiada historię Hitomi, licealistki, która boryka się z niemałym miłosnym problemem. Jej obiekt westchnień, Amano, gwiazda szkolnej drużyny biegaczy, do której zresztą sama należy i jest w tym całkiem dobra, wyprowadza się z miasta, a tym samym zmienia szkołę. Jak widać okazji do wyznania swojego uczucia, dziewczyna już za dużo nie będzie miała, dlatego decyduje się postawić wszystko na jedną kartę – zakłada się ze swoim sempajem, że jeśli uda jej się przebiec tor poniżej określonego czasu, on bez słowa skargi wysłucha tego, co nasza heroina ma do powiedzenia. Jak to jednak w takich opowieściach bywa – biednemu chłopakowi nigdy nie będzie dane dowiedzieć się o co chodziło.

Hitomi na pełnym pędzie wbiega w słup białego światła, z którego wyłania się tajemnicza postać – chłopak, mający odegrać w jej życiu większą role, niż może ona w tej chwili przypuszczać. Razem z nim przenosi się do alternatywnej rzeczywistości, świata trawionego wojną i nienawiścią, gdzie jej zdolności wróżenia z kart, których nigdy nie brała na poważnie, zaczną przewidywać przyszłość z niebezpieczną wręcz zgodnością. Ona sama zaś stanie się kluczem do działania Escaflowne – wielkiego, człekokształtnego robota, który albo uratuje ten świat, albo doprowadzi go do zagłady.

Tak, drodzy państwo – mimo settingu mocno przypominającego realia fantasy, anime to wpisuje się w gatunek mechów. Jeśli kogokolwiek to zraża, od razu zapewniam – motyw jest zgrabnie wpleciony w fabułę i zrealizowany w taki sposób, że nie powinien przeszkadzać nawet przeciwnikom science-fiction. Przynajmniej ja bym nie skreślała tej serii tylko z takiego powodu.

Warto też nadmienić, że istnieje alternatywna wersja historii, którą mamy okazję oglądać w serii TV, skondensowana w pełnometrażowym filmie o nazwie „Escaflowne: A Girl in Gaea”. Jest to całkiem niezła produkcja, z paroma zmianami w charakterze postaci (np. dużo bardziej depresyjna Hitomi), fabule (ze względu na dostępną mniejszą ilość czasu, wszystko skupia się na głównym wątku i praktycznie niczym poza tym), czy realizacji (bardziej brutalna i krwawa koncepcja), z którą polecam się zapoznać, jednak dopiero po obejrzeniu oryginalnego anime. Będzie wtedy miłym dodatkiem na pożegnanie z tym świetnym tytułem, w przeciwnym zaś razie, może wywołać lekką konsternację ^^

Przejdźmy do bohaterów –  działają oni zgodnie ze swoimi zasadami moralnymi co może w niektórych sytuacjach irytować, ponieważ aż ma się ochotę chwycić ich za ramiona i porządnie potrząsnąć, ale są to ciekawe postacie, których nie da się zignorować. Van to typ narwany i niegrzeczny lecz w głębi serca miły i troskliwy (czyżby męski tsundere? ;D). Hitomi dobrze równoważy jego charakter swoim spokojem i zdolnością jasnego myślenia. Do ferajny dorzućcie jeszcze nadpobudliwą człowieko-kotkę oraz szarmanckiego rycerza, a dostaniecie obsadę w pełnej krasie (oczywiście pomijając połowę ważniejszych ról pobocznych).

Jednak bohaterowie nie byliby sobą, gdyby nie ich głosy, które w końcu nadają im te barwne osobowości. Z tej strony wita nas sama śmietanka towarzyska – na czele z Tomokazu Sekim, którego uwielbiam wręcz maniakalnie, poprzez Maaye Sakamoto, genialną seiyuu oraz piosenkarkę, po Miki Shinichiro, kojarzącego mi się zawsze z niezapomnianą rolą Roya Mustanga (FMA). Słucha ich się bardzo przyjemnie, co dopełnia równie dobra muzyka. Maaya śpiewa opening – spokojny, klimatyczny utwór – oraz kilka innych piosenek do serii. Mnie najbardziej zaczarowało „Aoi Hitomi”, którego nie mogłam wyrzucić z głowy przez ładny tydzień po skończeniu oglądania!

Jak już jesteśmy przy stronie technicznej, zajmijmy się grafiką. Oczywiście należy wziąć pod uwagę, iż tytuł ten ma swoje lata, jednak mimo to, ja nie czułam, żeby ze zgrozy oczy same mi się odwracały od monitora ;P To porządnie narysowana seria, która wciąż może się podobać – szału oczywiście nie ma, ale za ostrym też być nie należy.

…Zabawa za to jest przednia! ^^ Choć sama nie potrafię zrozumieć, jakim cudem Escaflowne zdołało rzucić na mnie aż tak wielki urok, ale tak właśnie się stało. Całość, czyli 26 odcinków, obejrzałam w 3 dni. Najpierw 3 pierwsze, a pozostałe 23 rozłożone na dwa kolejne dzionki. Nie pamiętam kiedy ostatni raz z takim zapałem przysiadłam do czegokolwiek! A jednak… historia pochłonęła mnie do tego stopnia, że nie mogłam się wprost powstrzymać przed włączeniem kolejnego epizodu. Ważnym czynnikiem oczywiście był też przeuroczy wątek miłosny – niezbyt nachalny, ale i dostatecznie ważny by nie schodził totalnie na drugi czy trzeci plan. Moim zdaniem – rozwiązanie idealne, bo sprzyjające obu płciom, gdzie akcja równoważy wyciszenia w historii.

The Vision of Escaflowne to przeszłość, zaś interakcja z nią jest niczym wycieczka do czasów naszego dzieciństwa, albo nawet chwil, gdy nas na świecie jeszcze nie było, co jednak nie zmienia faktu, że warto się takiej wyprawy podjąć. Zachwycamy się Code Geass, czy różnymi Gundamami, ale ciekawie jest także zerknąć jak motyw mechów kiedyś realizowano. Oddać się historii, do której ja na pewno wielokrotnie powrócę. Znów zaśmieję się z zabawnych scen, zapłaczę tam gdzie smutek aż wylewał się z ekranu i westchnę z melancholią po skończonym seansie. Będę pamiętać serię, która na kilka dni była dla mnie ideałem. Ideałem oczywiście posiadającym błędy, jakkolwiek by to sprzecznie nie brzmiało, ale ideałem zasługującym na uwagę i ocenę 9/10 ^^

Cheers! :*

About Shouri

English philologist | A girl in her 20s | Polish | INTJ | Bookworm | Gamer | Shipper | Anime watcher | Manga reader | Sci-Fi Fantasy geek | Volleyball fan | Always sleepy, almost always optimistic, grumpy at times, enjoys writing as a pastime :)

Posted on 11 Lipiec 2011, in Anime, Różne, Recenzje and tagged , , , . Bookmark the permalink. 9 komentarzy.

  1. Oj tak, stare dobre czasy. Przypominasz jedną z serii od której zacząłem swoją przygodę z anime(Pierwsze to a jakby nie było kreskówki z RTL7, a Poloni1 nie liczę bo wtedy nie wiedziałem co to anime). Mimo, że graficznie nie zachwyca, ale ta fabuła, ten klimat. Coraz bardziej mi go brakuje w dzisiejszych produkcjach(chociaż czasem trafią się niezłe perełki). Kolejnym takim klasykiem jest znane przez wszystkich Neon Genesis Evangelion. Ale i tak moim niekwestionowanym Królem jest Akira. Nie wiem czy oglądałaś, ale jeżeli nie to polecam.

    PS. Hmmm… może sam sobie przypomnę kilka starszych serii…

  2. o, czyli jesteś tylko dwa lata młodsza ode mnie? Jakoś tak dziwnie zdawało mi się, że więcej.
    No Esca to już ważna klasyka, szkoda tylko że dziś jeśli się ją pamięta, to głównie ze względu na niesamowity soundtrack Yoko Kanno. A przecież tak dobre połączenia romansu z walkami, fantasy z mechami, magii z polityką, i to wszystko w najlepszym gatunku, ciężko szukać wśród japońskiej animacji.
    O Maayi Sakamoto warto wspomnieć, że to jej pierwsza rola jako seiyuu, wcześniej tylko śpiewała. Tak, tak – gdyby nie przekonano jej, żeby nie tylko śpiewała, ale i użyczyła głosu głównej bohaterce, prawdopodobnie nigdy lub dużo później zakorzeniłaby się w tym zawodzie!
    Interesujące, że nie wspomniałaś przy grafice o tych nieszczęsnych, odrzucających wielu lata temu, długaśnych nosach. Pamiętam, jak się z nich śmiałam, gdy pierwszy raz obejrzałam czołówkę, odtworzoną z jednej z płyt dodawanych do Kawaii… Potem mi przeszło, bo przy bliższym poznaniu łatwo się przyzwyczaić i docenić tę serię.

  3. Kolejny tytuł za który miałam się zabrać w najbliższym czasie, dzięki za przypomnienie :). Wiem już co oglądam zaraz po tym jak znajdę czas na dokończenie Aoi Bungaku.

    To miło, że przypominasz również starsze produkcje, nie samymi nowościami człowiek żyje, zwłaszcza jak nie lubi oglądać „na bieżąco”. Tak jak ja. Ogólnie chciałam trochę ponadrabiać oglądanie klasyków. Zwłaszcza anime o mechach, bo ze starszych tak na dobrą sprawę chyba tylko Evangeliona widziałam.

  4. Wspaniale anime!Ten tytul przypomina mi beztroskie życie w Polsce…Teskinie za tymi czasami ;(
    Jak zawsze super notka :)

    Pozdrawiam Iza ;D

    • @madnag
      Oooo, kreskówki z Polonii też oglądałam, choć byłam wtedy strasznie mała… jednak mimo to nadal pamiętam jakieś Czarodziejskie Zwierciadełka, czy Yattamany xD

      To jest właśnie cudne w tych starszych produkcjach – mimo braków w wielu kategoriach, potrafią się obronić i nadal mają fanów ^^ To samo miałam ze Slayersami – uwielbiam tą serię, mimo że też swoje lata ma ;]

      Evangelion… przyznaję się, że tej serii jeszcze nie oglądałam. Przeczytałam tylko pierwszy tom mangi, który kiedyś dorwałam w Matrasie i więcej z tą serią styczności nie miałam.

      @SStefania
      To pewnie przez moje pisanie xD Nigdy nie jestem zbytnio poważna, co może sprawiać wrażenie, że jestem młodsza niż w rzeczywistości [śmiech]

      Soundtrack, to prawda, był genialny, ale moim zdaniem zasługuje ona na uwagę przez wiele czynników, a nie tylko muzykę. Między innymi temu też postanowiłam napisać tą recenzję – gdyby nie głupi zbieg okoliczności, sama nie wiedziałabym o istnieniu Escaflowne, więc pomyślałam, że warto byłoby zwrócić na nią uwagę – a nóż widelec DU czyta ktoś, kto także nie zna tak ważnej klasyki ;)
      O! Tej informacji o Maayi nie znałam – dziękuję za fajną ciekawostkę ^^
      Nosy! No jasne! Wiedziałam, że zapomniałam o czymś wspomnieć – chyba jeszcze nigdy nie napisałam tekstu, w którym bym zawarła wszystko, co sobie początkowo planowałam xD Też mnie oczywiście początkowo bawiły te długaśne nosy (i kreska kreską, ale one to już były wyjątkowo nienaturalne), ale tak jak TY – jakoś szybko nauczyłam się to tolerować.
      Jak widać reszta potrafiła nadrobić ewentualne niedociągnięcia w innych dziedzinach ;)

      @Silveria
      Bierz się bierz, bo naprawdę warto ^^
      …A co to jest Aoi Bungaku?

      Ja w sumie oglądam i stare i nowe tytuły – tak sobie myślę, że z wielkim natchnieniem piszę u licha blog o anime, a sama wcale się tak genialnie nie orientuję w temacie, dlatego trzeba nadrabiać braki ;D
      Swoją drogą, to ja znów Evangeliona nie oglądałam – chyba trzeba to w końcu kiedyś nadrobić…

      @izuchna89
      To miło, jeśli się ma z jakimiś seriami dobre wspomnienia ^^ Wtedy przy re-watchu aż się człowiek mimowolnie uśmiecha :)

      Pozdrawiam,
      Shouri

      • Aoi Bungaku, czyli Blue Literature, to mające 12 odcinków anime będące zbiorkiem adaptacji kilku dzieł z kanonu japońskiej literatury. Skończyłam już oglądać i muszę przyznać, że całość jest bardzo nierówna.
        Od razu podkreślam, że nie czytałam pierwowzorów, toteż nie miałam pojęcia co sobie dopowiedzieli twórcy a co było w oryginale (zamierzam jednak te książki znaleźć i przeczytać). Najbardziej polubiłam dwie z sześciu historii – „No longer human” i „Run, Melos”. Pozostałe to tak średnio, chociaż miały trochę naprawdę ciekawych elementów.

        • O rany…
          Nawet nie wiedziałam, że coś takiego istnieje, ale z Twojego opisu wynika, że pomysł jest naprawdę genialny. Może będzie w stanie namówić mnie na przeczytanie jakiejś japońskiej książki, bo póki co, nawet jeśli bym chciała się za coś zabrać, nie mam pojęcia od czego zacząć. Może ta seria da mi inspirację? ;D

          Pozdrawiam ^^

  5. Fantastycznie wiedzieć,że ktoś nadal sięga po tą serię i się nią zachwyca:) Jestem absolutnie i wiernie zakochana w tej produkcji od lat około 10. Nic nie zdołało jej zdetronizować a każde oglądane przeze mnie anime wzbudza we mnie tęsknotę za tym klimatem;)

    • Właśnie o to chodzi, że przez ilość latek, które minęły od czasu jej premiery, mało osób jest przekonanych do tego, że taki dinozaur może być dobry, a przecież jest dokładnie odwrotnie! :) Miejmy nadzieję, że więcej osób po przeczytaniu tego tekstu, sięgnęło po Escaflowne, bo tak świetnego połączenia mechów, romansu, dramatu i serii akcji, można ze świecą szukać ;]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: