Sztandarowy „out of topic”, czyli notka o wszystkim i o niczym ;)

Ostatnio nazbierało mi się trochę tematów, o których chciałabym napisać po kilka słów, więc stwierdziłam, że równie dobrze mogę stworzyć osobną notkę, w której zawrę owe głębokie przemyślenia ;P Przyznam się szczerze, że jest ona po części tekstem pisanym dla mojej własnej radochy i możliwości sformułowania pewnych myśli oraz przelania ich na „papier” ;)

Co znajdziecie pod spodem? „Parę zdań” o zakończeniach dwóch genialnych seriali, mianowicie „LOST” oraz „Supernatural”, ”mini” recenzję świetnego filmu będącego ekranizacją równie dobrej gry Książę Persji: Piaski Czasu oraz trochę paplaniny na tegoroczną Eurowizję ;P

Jak widzicie, dziś o anime ani słowa nie będzie. Jeśli jednak komuś to nie przeszkadza, to zapraszam do czytania :) A! Od razu ostrzegam – NOTKA ZAWIERA SPOILERY!

… Tak by the way – skończyłam dzisiaj książkową serię „Miecz Prawdy” Terry’ego Goodkinda – moim zdaniem zdecydowanie jest ona typu must-read dla każdego kto deklaruje się fanem fantasy ^^ Genialna, pełna ciekawych bohaterów, posiadająca wciągającą i nieźle skonstruowaną fabułę, niesamowicie dobrze napisana i wypełniona wieloma prawdziwymi życiowymi mądrościami (mam zapisaną cała furę cytatów, które pomału zaczynają mi wchodzić w język ;)) Polecam! ^^

Do serialu „Supernatural”, w Polsce znanego pod nazwą „Nie z tego świata” podchodziłam ze sporym dystansem. Moja przyjaciółka poleciła mi go w pierwszej klasie liceum, ale jakoś szybko fakt ten zapodział się w zakamarkach mojej pamięci. Dopiero jakieś pół roku temu, kiedy z powodu przeróżnych przerw w emisji itp. cierpiałam na brak porządnego serialu do oglądania, mój umysł z niewiadomych przyczyn odgrzebał dawną informację, a ja postanowiłam dać SN szansę ;) Czy zrobiłam dobrze? Powiem więcej – dzięki temu niepozornemu skrawkowi wspomnienia, miałam przyjemność zapoznać się z, moim zdaniem, jednym z najlepszych seriali jakie istnieją ^^

Historia Sama i Deana Winchesterów, braci których matka zginęła zamordowana przez demona, wychowanych przez żądnego pomsty ojca, przemierzających Stany Zjednoczone wzdłuż i wszerz jako „łowcy” polujący na wszelkie paranormalne potwory z nadzieją, że w końcu dorwą to co odpowiada za zbrodnię popełnioną na ich rodzinie wciągnęła mnie praktycznie od pierwszego odcinka. Drżałam kiedy było strasznie, śmiałam się z genialnych dialogów, chichotałam z przekomarzań braciszków i smuciłam tam gdzie serial wkraczał na tereny typowe dla dramatu i to takiego, który chwyta za serce.

Tym sposobem 5 sezonów przeminęło mi szybciej niż się tego spodziewałam. W końcu nastał czas na ostatni odcinek i powiem, że było to zakończenie piękne. Smutne, przygnębiające, liryczne, ale… piękne. Wielką zaletą Supernatural była wyeksponowana więź pomiędzy głównymi bohaterami, braterska miłość nie znająca granic, gdzie jeden był w stanie oddać życie za drugiego. Serce mi się krajało, gdy oglądałam „Swan Song” – widząc Sama poświęcającego się za naprawę swoich błędów, widząc Deana ze łzami w oczach kiedy oglądał jak jego brat odchodzi a on nic nie może z tym zrobić, widząc jak zdewastowanym go to pozostawiło.

Mam wrażenie, że właśnie tak to wymyślił Eric Kripke – chciał byśmy zobaczyli, że więź rodzinna zwyciężyła wszystkie trudności, a Sam i Dean mimo że poświęcili siebie nawzajem, uratowali innych. Tak miało być i mimo łez, mimo braku hollywoodzkiego szczęśliwego zakończenia był to piękny ostatni odcinek.

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że zapowiedziano 6 sezon, ale tym razem tworzony będzie przez inną osobę, a tym samym boję się czym owa nowa seria się okaże. Ostatnie 10 sekund pozostawiło wielką furtkę, ale czy zostanie dobrze wykorzystana? Czy naprawdę lepiej to ciągnąć, niż pozostawić tak jak od początku planowano?

Mając do wyboru pokój czy wolność, które byście wybrali? Młodzi Winchesterowie wybrali wolność, bolesną, smutną, ale wolność…

Będę tęsknić za Supernatural i modlić się, aby moje złe przeczucia się nie ziściły ^^

LOST, czyli naszych polskich „Zagubionych” znają chyba wszyscy. Moja przygoda z tymże serialem zaczęła się od kanału TVP1 kiedy to z wyczekiwaniem siadałam co tydzień do telewizora by obejrzeć kolejny odcinek :) Już wcześniej słyszałam, że jest to serial wybitny i nowatorski – po takich rekomendacjach można mieć naprawdę wygórowane wymagania, dlatego zdziwiłam się kiedy zostały one spełnione nawet z nadwyżką! ;) Rozbitkowie z katastrofy samolotu, tajemnicza wyspa, dziwna organizacja… Piętrzące się przed nami zagadki zachęcały do uważnego śledzenia fabuły w czym dodatkowo pomagali wyraziści bohaterowie, których łatwo było polubić.

Tak to się ciągnęło… Niektóre sezony były lepsze, inne gorsze, jednak nie ważne co by się działo, nie zrezygnowałam z oglądania LOST – chciałam dostać moje odpowiedzi, dlatego obiecałam sobie, że dotrwam do końca ^^

Ostatni sezon w pewnym sensie dołożył kilka nowych niewiadomych, w pewnym sensie wiele rozwiązał. Nigdy się nie spodziewałam, że w odcinku „The End” dostanę wszystko wyłożone jak kawa na ławę i może właśnie dlatego należę do grona osób, którym podobało się zakończenie. Na początku trochę martwił mnie fakt Jacka zostającego nowym Jacobem – to było zbyt przewidywalne, zbyt oczywiste, jednak i z tego jakoś udało się twórcom wyjść obronną ręka.

Co do alternatywnej rzeczywistości, która okazała się przedsionkiem nieba – w niektórych wierzeniach, aby móc „iść dalej” trzeba najpierw przypomnieć sobie swoje życie oraz moment śmierci. Skorzystali z tego scenarzyści dając bohaterom możliwość ponownego spotkania się po śmierci w świecie, który był odzwierciedleniem ich życia, gdyby do katastrofy jednak nie doszło. Przyjemnie się obserwowało jak poszczególne osoby tak czy siak na siebie wpadają, jak wracają do nich utracone wspomnienia, jak mimo wszystko znajdują tą swoją „drugą połówkę” ^^

Wyspa została ocalona, „Zło” zginęło, a Hugo stał się jej nowym obrońcą tak jak zresztą od początku obstawiałam (bo tak jak pisałam – Jack był zbyt oczywisty ;]). Jedni zginęli, inni ocaleli, a Jack w końcu usłyszał od Kate szczere „I love you” ;P (przepraszam za sarkazm, ale od pierwszej serii obstawiałam, że tak to się skończy, niezależnie od tego co wyczyniano z wątkiem Jack-Kate-Sawyer ;]).

Nie było wielkiego BUUUM, ale co z tego? To było zakończenie na miarę LOST – wiele osób skupiło się przy oglądaniu na tajemnicach i zagadkach, a zapomnieli, że był to serial o ludziach, ich życiu i ich emocjach. Każdy z bohaterów miał swój „test”, który musiał „zaliczyć” i moim zdaniem poszło im całkiem nieźle :)

Można mówić sobie co kto chce, ale był to serial, który pod wieloma względami zmienił obraz telewizji. Teraz pytanie brzmi, czy kiedykolwiek powstanie coś, co zdoła dorównać legendzie…

Daaawno temu Shouri dostała w łapki grę Prince of Persia: Sands of Time – zainstalowała ją, zagrała i pokochała. Baśniowość tak wizualna jak i fabularna sprawiły, że naprawdę stałam się fanką Księcia, który swoimi zdolnościami fizycznymi przerastał samych mistrzów parkuru. Kiedy usłyszałam, że powstanie film oparty na tejże grze, przeszedł mnie dreszcz – pomyślmy… ile to stworzono egranizacji, które były warte więcej niż funta kłaków? Hmmm… Na myśl przychodzi mi tylko jedna –  Silent Hill. Tam klimat, fabuła, nawiązania – wszystko skonstruowano tak, że siedziałam w kinie drżąc z narastającego poczucia niepokoju i zagrożenia, jednocześnie uśmiechając się od ucha do ucha iż dokładnie takie same miałam wrażenia podczas gry. Bałam się, że z Księciem Persji może nie wyjść za dobrze, ale zacisnęłam kciuki i miałam nadzieję…

…Która się ziściła ^^ Byłam wczoraj w kinie i muszę przyznać, że te niecałe dwie godziny, które tam przesiedziałam były świetnie spędzonym czasem ^^ Co więcej, po wyjściu z sali spojrzeliśmy na siebie z bratem i powiedzieliśmy „To co? Idziemy jeszcze raz?” xD

Historia Księcia Persji opowiada o Dastanie – chłopcu, który zostaje przygarnięty przez króla, a więc staje się księciem pomimo braku królewskiej krwi płynącej w jego żyłach. Po ataku na pewne miasto, w jego ręce trafia tajemniczy sztylet, który jak się później okazuje potrafi cofać czas. Chłopak zaplątuje się w serię nieszczęśliwych wydarzeń, gdzie m.in. zostaje oskarżony o zamordowanie króla. Razem z krnąbrną księżniczką próbuje oczyścić swoje imię, a zarazem dowiedzieć się prawdy o niezwykłej broni.

Genialnie oddano baśniowość Piasków Czasu – widoki, stroje, scenografia, wszystko wyglądało wspaniale. Bohaterowie okazali się bardzo sympatyczni – początkowo obawiałam się trochę jak Jake Gyllenhaal wypadnie w roli księcia Dastana, ale okazało się, że był naprawdę świetnym wyborem. Nadał mu taką specyficzną wyrazistość ^^ Humor spisał się całkiem fajnie, ale niestety tylko w wersji angielskiej. W niektórych momentach byłam tak poirytowana na polskie napisy, że je kompletnie olewałam i oglądałam sobie „na słuch” (nie było to wielkim problemem, ponieważ główni bohaterowie jako posiadacze angielskiego akcentu, bardzo czysto i wyraźnie mówili :)) – jak można czasami pomijać całe zdania w tłumaczeniu?! Albo kwestia, gdzie wyraźnie słychać, że aktor mówi „ten days”, przetłumaczona została na „dwa dni”?! To już jest więcej niż „lekkie” niedociągnięcie :(

Fabuła oczywiście jest przewidywalna, szczególnie dla tych, którzy zagrali w grę, ponieważ końcowa konkluzja oraz główny bad boy są takie same, ale nie przeszkadza to w czerpaniu ogromnej radochy z oglądania ;)

Chciałabym jeszcze wspomnieć o scenach akcji – posiadanie profesjonalnych specjalistów od parkuru zdecydowanie wyszło filmowi na dobre. Książę robił akrobacyjne sztuczki niczym w grze, biegając po ścianach, skacząc po palach, czy huśtając się na belkach, ale zostało zrealizowane to tak naturalnie, że nigdy nie masz odczucia typu „w życiu normalny człowiek by tak nie dał rady”. Dodając do tego genialne efekty specjalne,  świetny montaż i pracę kamery, wychodzi prawdziwe cudeńko – baśniowy film przygodowy, który ogląda się z zapartym tchem, chłonąć każdy najdrobniejszy detal i miło spędzając czas :)

Nieważne czy jesteś fanem gry czy nie – wszystko zrealizowano tak, że w obu przypadkach będziesz się świetnie bawił. Zdecydowanie gorąco polecam! ^^

Niestety na temat eurowizji nie mam za wiele w tym roku do powiedzenia, bo kompletnie mi się nie podobała :( Poziom zdecydowanie był dużo, dużo niższy niż ten z roku 2009 – czasami miałam wrażenie, że sporo tamtych piosenek spokojnie można byłoby obdzielić za zwycięzców przez kilka kolejnych lat, szczególnie jeśli konkurs dalej pojedzie w tą stronę.

Większość utworów było wolnymi do bólu smętami, bez jakiegoś większego polotu, które ciągnęły się jak flaki z olejem. Nie mam pojęcia dlaczego, ale na palcach jednej ręki można było policzyć jakieś szybsze piosenki, a jeśli nie „szybsze”, to może chociaż takie, które wpadały w ucho.

Zwycięski utwór, który zamieściłam powyżej, mija się z moim gustem jak stąd do Tokio! Nic nie widzę w „Satellite” – podczas występu muzyka była za cicho, głos tej dziewczyny ma tak… nie wiem jak to określić… „amerykański” sposób śpiewania, że aż boli i ogólnie jak dla mnie utwór Leny jest do bani. Sorry, ale tak po prostu uważam – to nie moja muzyka, nie ja jestem tutaj targetem i zielonego pojęcia nie mam co Europa w tym dojrzała.

Jeśli zaś miałabym kogoś wytypować, to zwycięzcą byłby Tom Dice z Belgi i jego „Me And My Giutar” ^^

Piosenka prosta, spokojna, ale zarazem wpadająca w ucho. Uśmiechnięty wokalista, który aż promieniuje radością. Przyjemny głos. Gitara. Zero fajerwerków… i to jest to ^^ Dla mnie to jest właśnie prawdziwy „wygrany” tegorocznej Eurowizji :)

W półfinale zwrociłam uwagę jeszcze na jedną piosenkę – propozycję Łotwy.

Aisha i jej „What For?” to dziwny utwór, ale łapałam się na tym, że po jej występie nuciłam sobie refren… co daje do myślenia ;)

Całkiem niezła moim zdaniem była także piosenka Bośni i Hercegowiny.

Vukašin Brajic śpiewał „Thunder and Lightning”, które miało fajne gitary i lekko mocniejsze brzmienie od reszty co zdecydowanie przy mojej ocenie zadziałało na plus :)

W podobnym tonie utrzymano propozycję z Turcji, która o dziwo zajęła drugie miejsce ^^

Nie pogniewałabym się gdyby wygrali ^^ Zespół nazywa się maNga (spójrzmy na ich fryzury – skojarzenie przypadkowe czy niekoniecznie? ;]) co dodatkowo wywołało na moich ustach uśmiech na twarzy xD Piosenka „We Could Be The Same” podchodzi mi klimatem trochę pod System of a Down ;)

Reszta jakoś szczególnie nie zwróciła mojej uwagi… no może poza propozycją duńską brzmiącą mi jak Abba ;P

Jeśli zaś chodzi o polskiego wykonawcę… przepraszam, ale kompletnie nie żałuję, że nie dostaliśmy się do finału… bo po co? Z tym nijakim czymś? Polskie piosenki zadziwiają mnie z roku na rok – kiedy myślę, że już niczego gorszego nie da się stworzyć, nasi wykonawcy odkrywają całkiem nowy wymiar słowa „kompromitacja” ;P

I tym przyjemnym akcentem się na dzisiaj żegnam ;) Miłego dnia ^^ Mam nadzieję, że nie zostanę spopielona wzrokiem czytelników za to co właśnie napisałam ;]

Cheers! :*

About Shouri

English philologist | A girl in her 20s | Polish | INTJ | Bookworm | Gamer | Shipper | Anime watcher | Manga reader | Sci-Fi Fantasy geek | Volleyball fan | Always sleepy, almost always optimistic, grumpy at times, enjoys writing as a pastime :)

Posted on 31 Maj 2010, in Artykuły, Różne and tagged , , , , , , , , . Bookmark the permalink. 9 Komentarzy.

  1. Supernatural – jestem z tym serialem od początku, pamiętam jak kiedyś bałam się go oddać, bo miał sporo horrorowatych momentów :P Podobno kolejna seria ma być powrotem do korzeni, czyli gdy po prostu zabijali różne stworki i kreaturki ;) Ogólnie ostatni odcinek podobał mi się średnio – w ogóle nie wiedziałam, że to już finał i miałam wrażenie, że akcje idzie za szybko… no i nie pokazali bitwy Lucyfer/Michał, a szkoda, ciekawa bardzo byłam jak to rozwiążą…

    Co bym wybrała? Wolność czy pokój? Niedawno nad tym myślałam… w innym trochę kontekście… Serce mówi wolność, rozum pokój…

    Lost – tu również jestem od początku (premiery amerykańskiej of course). NIe byłam zbytnią nigdy zwolenniczką tego serialu, też oglądałam, by poznać koniec i rozwiązanie akcji. Nigdy nie miałam szczególnych oczekiwań co do tej produkcji. Chociaż nie takiego wyjaśnienia czym jest wyspa, się spodziewałam.

    Eurowizja – mam b. podobne odczucia… Lena i jej pioseneczka wydały mi się nijakie i bezbarwne. Łotwa b. mi się podobała, tak samo jak Turcja i Bośnia. Co do Polski, sam początek piosenki jest całkiem fajny (ten kawałek po polsku), potem dalej w ingliszu jest już beznadziejne.

  2. hmm… trzecia osoba poleca „Księcia”… Cóż, w „Księcia” grałam, a jak, ale to była ta wersja DOSowska :P Czyli ta:

    Może jednak warto się wybrać? :P

  3. Cóż mnie się osobiście tegoroczna Eurowizja podobała sto razy bardziej niż zeszłoroczna. Jeśli chodzi o gust muzyczny to mijamy się dramatycznie, bo piosenkę Leny wprost uwielbiam, natomiast Alexander Rybak i jego piosenka wywołują u mnie żywą niechęć i do tej pory uznają ją za najgorszy kicz ostatniego dziesięciolecia zaraz za niektórymi piosenkami zespołu Kombi…
    Zespół maNga dostał u mnie automatycznego plusa za nazwę, piosenka tez była całkiem, ale niemiecka bardziej mi się podobała. Natomiast duńska propozycja nie przeszkadzała mi, ale też raczej mi nie podeszła, być może właśnie przez moją ogólną niechęć do Abby jako takiej i tak wyraźnego korzystania z motywów. Łotwa mi się nie podobała. Belgia była w miarę. Natomiast bardzo fajna była też piosenka Safury z Azerbejdżanu ;) Szkoda też, że z 2 półfinału (który przez nasze „kochane” TVP byłam zmuszona oglądać na jakimś chorwackim niekodowanym kanale) nie przeszły piosenki Słowenii i Chorwacji. Wspomnę też przy okazji o Białorusi i ich „Motylkach”, które cóż u mojej mamy wywołały stwierdzenie „kiczowate” za to u taty szczery zachwyt xD Faceci…

    Co do Księcia Persji bardzo mi się podobał, podtytuł wskazuje, że może będą jeszcze jakieś dalsze części… cóż liczę na to ;)

  4. Zacznę od konca czyli od Eurowizji. Tegorocznego Show nie ogladałam jak zawsze. No i nie żałuję, bo Vinnie opisywała nam na twitterze wszystko tak dokładnie, ze gdy jej się coś podobało, od razu kłaniał mi się yt, a gdy było wręcz odwrotnie, po prostu to omijałam. Jako, że nawet te najlepsze piosenki jej zdaniem niespecjalnie mnie uwiodły (może tylko z dwiema byłam na „TAK”) to chcę przyznać, że Eurowizja była okropna… No i żeby nawet Koreańczycy weszli na Twittera i zaczęli opisać, jakie to badziewne i że wolą inne programy, bo tam przynajmniej każdy śpiewa po swoim języku.. ;/ Wstyd..
    Na „Księcia Persji” się nie wybieram z prostych przyczyn – oszczędzam! Nie wiem, co dokładnie będziemy dziś robić na DD (obstawiam, że wyciągnę mamę do kina, bo przy tej ulewie nie da się wyrabiać nic lepszego ;/ Więc są jakieś szanse – o ile wybiorę ten seans), ale jeżeli nie pójdziemy do kina dziś to odwiedzę je dopiero na premierę „Zaćmienia”.
    „LOST” już nawet nie jestem pewna, czy oglądnęłam, czy nie xD *sprawdza w folderze „Lost”* … Hm.. Mam odcinki do sezonu 05, odcinka 17. Czyli obejrzałam do końca? Wiem, że to widziałam, ale nie jestem pewna, czy to jest koniec xDD Wiem, ciota ze mnie, ale zawsze tak się mieszałam z tym serialem przez oglądanie go na kompie. Chociaż w takich anglojęzycznych serialach plusem jest to, że jeżeli zaciekawi sis/brata/chłopaka siostry to mogę ich zmusić do pobrania mi tego ;P
    SN zachęciłaś mnie totalnie. Ci bracia wygladają.. mrr.. Fabuła mi się podoba, no i lubię tą atmosferę – gagi, smutek, dreszczyk. Lecz mimo wszystko, pobranie tego wydaje mi się takie jakieś niemożliwe w związku z tym, że oglądam teraz dramki xDD Ale cio tam, wezmę kliknę na pierwszy odcinek. I wtedy na pewno odezwę się na Twitterze.

    Możesz tak pisać częściej ^^ Dla mnie to małe przygotowywanie się do rozgadywania się w reckach xD
    Pozdrawiam!

  5. „Książe Persji” – wszędzie tylko o tym ^^ Nie chodzi o to, żebym miała coś przeciwko , bo jeśli wszyscy tak o tym mówią to pewnie dobry film, i sama z chęcią się na niego wybiorę.
    A co do Eurowizji to w moim rozumowaniu najlepszy był Tom Dice :D

    Pozdrawiam :*
    Kae_chan

  6. Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin, kochana! ;****

  7. Cóż, ja Eurowizji nie oglądam od czasu gdy byłam w stanie przewidzieć wynik z 90-cio procentową dokładnością. Ale miło widzieć, że niektóre piosenki były ciekawe. (Thunder and Lightning – spodobała mi się zwłaszcza ta).

    „Książę Persji” to nie jest kino przez duże K. Ale jeżeli ktoś tego oczekuje, to jest zwyczajnie za przeproszeniem, kretynem. Jako ekranizacja gry film był rewelacyjny (choć trochę żałowałam, że nie przenieśli na ekran wiernie nowej trylogii PoP – ale może to i lepiej? To zawsze plus za nową wizję), jako film po prostu – naprawdę przyjemny. No i miałam niezły ubaw z siedzącej koło mnie dziewczyny, która co przy bardziej dynamicznej scenie wydawała okrzyki przerażenia, podskakiwała i przytulała się do swojego chłopaka xD
    Moim zdaniem również Donnie Darko… tfu, znaczy, Jake spisał się świetnie grając Dastana. Pasował nie tylko wizualnie ale ogólnie. No i film miał coś czym niewiele jednak produkcji może się pochwalić. Mianowicie klimat. Przez wielkie K.

  8. No dobrze, w sumie sama nie wiem od czego zacząć…
    Może od Supernatural. Definitywnie u-w-i-e-l-b-i-a-m ten serial (wcale nie tylko ze względu na Deana, of course :P). W sumie nie tak dawno obejrzałam końcówkę, po której z resztą rozpaczam nadal. W sumie to taka unikatowa seria, w której nacisk został położony na braterskie uczucia i powiązania rodzinne…W dodatku niektóre odcinki rzeczywiście nudziły grozę, co było plusem, zwłaszcza, że kocham horrory.

    A co LOST’u… Również go uwielbiam xD W sumie nie miałam okazji nigdy z nikim na ten temat porozmawiać, bo każdy uważał ten serial za jakieś ścierwo. Ja jestem zachwycona nadal.

    Księcia Persji nie widziałam, ale chyba będę musiała się za to w końcu zabrać.

    Pozdrawiam :D

  1. Pingback: ~Kilka słów o… filmach Książę Persji, Bracia i zapowiedziach kinowych~ Offtopic #2 « ~Kwiat Północy~ Recenzje książek

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: